sobota, 8 września 2012

[V] Nowy Minister i tajemniczne rozmowy.


Pierwszy dzień w szkole minął nam bardzo szybko. Byliśmy naprawdę dumni z Teda, który przekonał do siebie większość uczniów Hogwartu wykazując się inteligencją i wszechstronnością. Wieczorem wszyscy opadliśmy na ogromną kanapę w Pokoju Wspólnym. Z kominka biło przyjemne ciepło ognia, a znajdujące się na stoliku świeczki rzucały jasny blask na nasze twarze. Wokół słychać było gwar uczniów Gryffindoru, którzy gawędzili, odrabiali lekcje lub grali w szachy. Roxanne dostrzegła wśród grających swoich przyjaciół z Ligi Szachowej, więc postanowiła do nich dołączyć.  Oparłam się o jedwabną poduszkę, czując znużenie. Przymknęłam oczy i zaczęłam przysłuchiwać się rozmowie Adama i Lorcana dotyczącej wypracowania o teleportacji względnej na dwie rolki pergaminu. Westchnęłam ciężko, zdając sobie sprawę, że będę musiała zabrać się za to jutro. Tęskniłam za Hogwartem w wakacje, ale czując natłok pracy czekającej mnie przez następne dziesięć miesięcy, zaczęłam marzyć o drzemce we własnym domu. Z rozmarzenia wyrwali mnie najstarsi bracia, którzy z hukiem weszli do salonu klnąc głośno.
 - Co się stało? – spytał Albus, rzucając czytaną książkę na podłogę.
 - Bennet! – wrzasnął James, kopiąc mosiężną nogę sofy. – Ten idiota stwierdził dzisiaj, sprowokowany przez rozdartego Marka Clarksa, że wszyscy powinni poprzeć kandydaturę Malfoy’a na Ministra Magii, gdyż on już wprowadzi poważne zmiany w tej szkole. – Twarz Jamesa przybrała barwę dojrzałego buraka.
 - Nasz nauczycielek się wygadał. On musi coś wiedzieć.. Przecież oficjalnie Ministerstwo nie ingeruje w sprawy Hogwartu.- spokojniejszym tonem odparł Fred, przygarniając ramieniem zdenerwowanego Pottera.
 - Dokładnie… czyżby zmowa? – zaciekawiła się Anja, pocierając podbródek.
 - No właśnie. Nie możemy pozwolić na zmiany dokonane przez Draco. – prychnęłam z dezaprobatą, poprawiając poduszkę pod głową.
 - Poza tym, uparł się na Libby, cały czas jej dogryzał, a to tylko, dlatego, że to jej ojciec najgorliwiej bronił kandydatury Harrego na Ministra. – wycedził przez zęby Fred.  – Nie pozwolę na to.
 - Libby? – Louis trącił kuzyna łokciem, a ten zaczerwienił się.
Zerknęłam ukradkiem na Anję, która spuściła wzrok. Złapałam przyjaciółkę za rękę, mrugając do niej radośnie. Dziewczyna nie dała po sobie poznać, jak bardzo zabolał ją ostatni temat naszej rozmowy. Mamrocząc, że rozbolała ją głowa podążyła w kierunku naszego dormitorium. Posyłając kuzynom przepraszające spojrzenie, popędziłam za Gryfonką. W pokoju siedziała Sara, przeglądając notatki z numerologii i układając je w teczce.
 - Dlaczego on mnie nie dostrzega? – Anja rzuciła się na łóżko, zakrywając swoje piękne włosy kocem.
Usiadłam obok dziewczyny, delikatnie odgarniając materiał z jej głowy. Nie wiedziałam, co mam jej powiedzieć. Chciałam sklecić choć kilka zdań, które udobruchałyby tak bliską mi osobę. Jednak inicjatywę przejęła Sara, zostawiając notatki na podłodze.
 - Słuchaj, jesteśmy młodsze. Chłopaki tacy jak Fred interesują się dojrzalszymi dziewczynami. – szepnęła, gładząc kosmyki Anji. – Poza tym zawsze będziemy tylko przyjaciółkami jego młodszej siostry.
Nie mogłam patrzeć na roztrzęsioną Gryfonkę. Po jej jasnej twarzy ciekły łzy, a różowe usta były zaciśnięte.
 - Pogadam z nim Anju. – odparłam szybko.
 - Nie kochana, dziękuję Ci. Niech się stara o Libby, ja poczekam. Sama spróbuję pokazać mu, ze istnieję. – Dziewczyna uśmiechnęła się przez łzy, gładząc leciutko moją dłoń.
Rozmawiałyśmy prawie całą noc. Dlatego rano, nie zdziwiło nas, że nie usłyszałyśmy budzika. Zdając sobie sprawę, że mamy tylko dziesięć minut do rozpoczęcia zajęć zaczęłyśmy w amoku ubierać się i czesać włosy. Machnięciem różdżki zapakowałam do szkolnej torby wszystkie potrzebne podręczniki. Wybiegłyśmy z dormitorium, ciesząc się, że pierwszą lekcją w środę jest zielarstwo. Truchtem dotarłyśmy do szklarni, znajdującej się przy błoniach szkolnych. Przepraszającym uśmiechem powitałyśmy Profesora Longbottoma, który tłumaczył, jak należy obchodzić się z Dyptamem. Wujek skinął głową, po czym wskazał nam miejsca, które szybko zajęłyśmy. Włożyłyśmy rękawice ze smoczej skóry i zaczęłyśmy wsadzać korzenie Dyptamu do głębokich, białych donic. W południe, strasznie głodne i zmęczone wybrałyśmy się do Wielkiej Sali na lunch. Widziałyśmy nietęgie miny Gryfonów, którzy grzebali niechętnie w swoich talerzach. Patrzyłam na nich zdezorientowana, nie mając pojęcia, o co może chodzić. Przysiadłam się do Hugo i Jamesa, którzy siedzieli tak samo pochmurni jak reszta.
 - Malfoy został Ministrem. – wyszeptał Hugo, opierając policzek o rękę.
 - Że co?! – pisnęłam, czując, że gotują się moje wnętrzności. – Co z wydziałami w Ministerstwie które popierały Harrego?!
 - Nagle zmieniły zdanie. Podejrzane, co nie? – prychnął James, waląc pięścią w stół.
Rozejrzałam się po Wielkiej Sali, szukając Scorpiusa. Siedział przy stole Ślizgonów, samotny i najwyraźniej zasmucony. Czy tak wygląda syn osoby, która właśnie przejęła władzę w świecie magicznym? Postanowiłam dowiedzieć się, czemu młody Ślizgon, nie pała entuzjazmem. Gdy Malfoy wstał od stołu, zerwałam się z miejsca, zostawiając zdziwioną rodzinę bez słowa. Podążałam krok w krok za chłopakiem, wyczekując momentu, kiedy będziemy sami na korytarzu. Gdy Ślizgon zakręcił w stronę lochów, postanowiłam wykorzystać okazję. Dogoniłam blondyna, który skrzywił się, widząc mnie.
 - Yyyy…cześć. – zaczęłam rozmowę w dość banalny sposób.
 - Weasley, chyba Ci się coś pomyliło. – prychnął chłopak, nie zwalniając kroku.
 Nie zraziły mnie te słowa. Przecież nie chodziło mi o to, aby ucinać z chłopakiem miłe pogaduszki. Potrzebowałam informacji. Konkretnych informacji.
 - Nie jesteś zadowolony z sukcesu Twojego ojca?
 Blondyn zatrzymał się i zmierzył mnie wzrokiem. Był wyraźnie zakłopotany.
 - Jestem, oczywiście, że jestem.
 - Przecież widzę, że kłamiesz Scorpiusie. – rzuciłam w stronę blondyna, unosząc brwi.
 - Odwal się Rose. Ty i ta Twoja rodzinka wpychacie nos w nie swoje sprawy. – palnął blondyn, po czym wszedł do lochów.
Westchnęłam ciężko, decydując się na odwrót. Wiedziałam, że Ślizgon coś ukrywa, był wyraźnie podenerwowany. Nie miałam jednak pojęcia, czy to poważny powód i czy faktycznie dotyczy wyboru jego ojca na ministra. Popędziłam w stronę sowiarni, aby wysłać list do rodziców. Chciałam wiedzieć, co oni sądzą na temat całego zamieszania związanego z nowymi rządami w Ministerstwie. Przepychałam się przez rozwrzeszczane tłumy uczniów na pierwszym piętrze, gdy poczułam czyjąś rękę na swoim ramieniu. Odwróciłam się gwałtownie i spostrzegłam Roxanne, która z zatroskaną miną wpatrywała się we mnie.
 - Czemu tak szybko wyszłaś? – spytała karcącym tonem.
 - Chciałam złapać Scorpiusa i dowiedzieć się, czemu jest taki zły w ostatnim czasie. Coś mi to wszystko nie pasuje do wielkiego triumfu Malfoy’ów.
Dziewczyna potakująco pokręciła głową, po czym udała się ze mną do sowiarni. Pogoda była wprost okropna. Jesienna mżawka ograniczała pole widzenia i wprowadzała nieprzyjemny nastrój. Zaciągnęłam sweter prawie pod nos i wlekąc za sobą kuzynkę, wybiegłam z głównych błoni do wieży, gdzie znajdywały się ptaki. Wchodziłyśmy w milczeniu po schodach, dlatego zdołałyśmy usłyszeć głosy niosące się po całym pomieszczeniu. Po chwili zorientowałyśmy się, że to głosy przyjaciół Scorpiusa: Drake’a i Lucy. Skuliłyśmy się przy ścianie, próbując zrozumieć sens ich rozmowy.
 - Scorpius nie wie, czego się spodziewać. Przecież jego ojciec obiecał, że nie będzie się mieszał w żadne sprawy dobra publicznego. To oczywiste, po upadku Czarnego Pana rodzina Malfoy’ów nie ma zbyt dobrej renomy. Scorpius nie jest taki jak Draco. Nie chce odpowiadać za błędy ojca. Boi się zmian, które on chce wprowadzić. To widać Lucy. – wyszeptał osiłek Scorpiusa.
- Dziwi mnie to, że Draco tak szybko zmienił zdanie i postanowił kandydować. Nigdy nie brał udziału w potyczkach politycznych, siedział w swoim Departamencie Spraw Podatkowych jak w norze. Skąd te głosy na niego? Nie wiem, jednak jego rządy sprawią, że będzie nam lepiej. Wreszcie w świecie magii zapanuje porządek, którego nie było od śmierci Voldemorta.

Zerkałyśmy na siebie z osłupieniem. Nie miałyśmy jednak czasu na wymianę jakichkolwiek uwag, gdyż Ślizgoni zaczęli opuszczać szczyt wieży. Szybko wyprostowałyśmy się, udając, że przed sekundą weszłyśmy do budynku. Minęłyśmy Lucy i Drake’a , którzy patrzyli na nas wilkiem, jednak w ich oczach widać było strach. Czyżby zdawali sobie sprawę, że słyszałyśmy ich rozmowę?
Wybazgrałyśmy list do rodziny, jednak, ze względów bezpieczeństwa, nie zawarłyśmy w nim wszystkich nurtujących nas pytań. A przecież tyle ich było. Pierwszy raz poczułam, że tęsknię za mamą i tatą, wiecznie roześmianym wujkiem George’m, babcią Molly wciskającą nam jedzenie i całą resztą rodziny. Przypięłyśmy kartkę do nóżki mojej sowy i jeszcze długo wpatrywałyśmy się w okno, dopóki ptak nie zniknął za horyzontem.