sobota, 15 września 2012

[VI] Myśleliśmy o tym samym.



Jesienne dni coraz bardziej dawały się we znaki, atakując nas deszczem i silnym wiatrem. Różnokolorowe, lekko wyschnięte liście, spadały ze szkolnych dębów i wierzb. Błonia szkole spowite były szarą mgłą, dlatego też nikt już nie spędzał czasu na zewnątrz. Coraz mniej ptaków latało nad wieżami Hogwartu. Zapewne rozpostarły one skrzydła do ciepłych krajów, aby tam rozkoszować się ciepłem. Zazdrościłam im, gdyż sama chętnie wybrałabym się do spowitej słońcem Hiszapanii czy egzotycznej Dominikany. Szczególnie teraz, w dniach nie tylko szarych, ale i niespokojnych. Przez następny tydzień po wyborach Malfoy’a na ministra nasza czujność była wzmożona. Bennet chodził po szkole wyraźnie zadowolony, wkładając jeszcze więcej wysiłku w dokuczanie Gryfonom i zadając tony pracy domowej. Wszyscy zaciskali zęby, bojąc się odezwać, gdyż kara w postaci szlabanu była naprawdę sroga. Postanowiłam dalej obserwować Scorpiusa, który wydawał się być coraz bardziej przygnębiony. Wciąż nie wiedzieliśmy, co jest tego przyczyną. Do czasu.
- Jak to zwolnieni?! – Głos Roxanne rozniósł się po całej Wielkiej Sali.
W drżącej ręce dzierżyłam list od rodziców. Wpatrywałam się w proste litery kreślone granatowym atramentem przez moją matkę. Pojedyncza łza spadła na kartkę, rozmazując ostatnie zdanie.
 - Malfoy zwolnił naszych rodziców z Ministerstwa. Biuro Aurorów zostało przejęte przez byłych Śmierciożerców – wyszeptałam łamiącym się głosem.
 - Jak inni mogą się na to godzić?! Co się dzieje?! – wrzasnął James, rzucając metalowym pucharem, z którego wylał się owocowy nektar.
 - Chyba ktoś wprowadził w naszym świecie tyranię. – Hugo chodził w kółko, oddychając miarowo.
 Tego już było dla mnie za wiele. Wiedziałam, że jeżeli zaraz nie wyjdę, wybuchnę płaczem przy całej społeczności szkolnej. Wybiegłam z Wielkiej Sali, a za mną podążył Albus.
 - Przepraszam, ale to strasznie mnie dotknęło. Jak my będziemy teraz żyć? – Zrozpaczona osunęłam się po ścianie.
 - Spokojnie. W grupie siła. Nasi rodzice na pewno coś wymyślą. – pocieszał mnie Potter, pomagając mi wstać.
Szliśmy objęci w milczeniu w stronę naszego dormitorium. Patrzyłam na łagodną twarz mojego kuzyna. Jego oczy koloru głębokiej zieleni zerkały na mnie ze zrozumieniem. Zrobiło mi się lepiej, gdyż wiedziałam, że mam wspaniałą rodzinę, która nie doprowadzi do tego, aby stała nam się krzywda.  Mój spokój szybko jednak został zburzony i to nie z byle jakich powodów. Zatrzymaliśmy się gwałtownie w odpowiedniej odległości od dormitorium, nie mogąc uwierzyć w tupet pewnego czarodzieja. Tak, to właśnie młody Malfoy stał niepewnie przy obrazie Grubej Damy z wyciągniętą różdżką i gorączkowo szeptał jakieś bliżej nieznane nam zaklęcia. Patrzyłam błagalnie na Pottera, licząc na to, że będzie wiedział jak zareagować, ale zanim zdążyliśmy cokolwiek uczynić, Ślizgon zauważył nasze sylwetki. Zwinnym krokiem opuścił teren Gryfonów. Albus jednak nie dał za wygraną i postanowił dogonić blondyna. Ruszyłam za nim, widząc jak bardzo jest rozwścieczony. Mój brat wycelował różdżką w Scorpiusa, rozbrajając go. Po Malfoy’u nie było widać żadnego strachu, nie zbliżył się nawet do miejsca, gdzie leżała jego różdżka z drzewa kasztanowego. Stanął twarzą w twarz z Albusem i wpatrywał się w niego poważnym wzrokiem. Nie były to jednak oczy pełne nienawiści, jak zwykle bywało. Kryło się w nich coś innego, nie znałam wcześniej tego spojrzenia.
 Albus kilka razy otwierał usta, aby coś powiedzieć, jednak z bliżej nieznanych przyczyn, na korytarzu było słychać tylko odgłosy woźnego Filcha, szorującego podłogę przy schodach.
 - O nic nie pytaj. – Chłopak zwrócił się do Pottera spokojnym tonem i ruszył w stronę lochów.
Pozwoliliśmy mu odejść. Zdziwiło nas to, że Scorpius nie zachowywał się wyniośle, jak zawsze. Staliśmy w miejscu jeszcze chwilę, po czym weszliśmy do dormitorium. Pobiegłam od razu do sypialni, zostawiając zdezorientowanego Albusa w Pokoju Wspólnym. W naszej sypialni siedziała Anja, rozmarzonym wzrokiem wpatrując się w okno. Podeszłam do niej i zaczęłam gładzić jej policzek.
 - Wszystko w porządku kochana? – zapytałam z troską.
 Dziewczyna wyrwała się z rozmarzenia i zerknęła w moją stronę. Wymusiła szeroki uśmiech, jednak jej oczy były bardzo smutne.
 - Nie będzie w porządku. Jestem zbyt zakochana. Ale w tym momencie, nie będę Cię tym kłopotać, masz więcej spraw na głowie. Tak jak i Fred. Przykro mi z powodu Waszych rodziców.
 - Nie mogę tak na Ciebie patrzeć. Wiem, że Fred podkochuje się w Libby. Ale zawsze możesz spróbować. Ewentualnie jest druga opcja – zaśmiałam się. – Znajdziemy kogoś dla Ciebie. A co do rodziców, oni sobie poradzą, jest jeszcze sklep z magicznymi dowcipami.
Dziewczyna pokręciła głową ze zrozumieniem i poszła do łazienki zostawiając mnie samą.
 Padłam ciężko na łóżko i zmrużyłam oczy. W ciszy przerywanej tylko szumem drzew za oknem, czułam się bardzo bezpiecznie. Pogrążyłam się w marzeniach. Moje myśli przeniosły się na zieloną łąkę, gdzie bawiliśmy się, jako małe dzieci. Czułam zapach dojrzałych wrzosów i bzu w odcieniu intensywnego fioletu. Słyszałam śpiew ptaków i głośne śmiechy moich braci i sióstr, rzucających między sobą dużą nadmuchiwaną piłkę. Obraz powoli zaczął się rozmywać, a w jego miejsce wstępowała bladoszara mgła. Zasnęłam.
 - Rose, wstawaj natychmiast! – Fred szarpnął z całej siły moją kołdrę i złapał mnie za ramię.
 - Co się dzieje? – Przetarłam oczy i skrzywiona spojrzałam na kuzyna, który był wyraźnie zaniepokojony.
 - James.
Imię mojego brata od razu postawiło mnie na nogi. Zerwałam szlafrok z haczyka przy łóżku i opatuliłam się w niego po samą szyję, po czym pobiegłam z kuzynem do dormitorium chłopaków. Otworzyliśmy gwałtownie drzwi i moim oczom ukazał się Potter rzucający się na łóżku.
 - Nie mogę! To boli! – Chłopak krzyczał bardzo głośno, przewracając się w przeróżne strony i łapiąc za serce.
 - Wujek Neville zaraz tu będzie, Hugo pobiegł go powiadomić. – wyszeptała Roxanne, ocierając zwilżoną chusteczką pot z czoła Jamesa.
Wpatrywałam się przerażonym wzrokiem w mojego brata. Na jego twarzy dostrzegłam grymas bólu. Ukucnęłam przy łóżku, łapiąc go za przegub dłoni i mocno ściskając.
 - Wszystko będzie dobrze. – powtarzałam w amoku, nie mogąc ogarnąć myśli.
Po chwili wyczekiwania w napięciu, do pokoju wpadł profesor Longbottom, prosząc, abyśmy zrobili mu miejsce. Wszyscy szybko oddaliliśmy się od łóżka Jamesa. Wujek zbliżył się do niego i był wyraźnie zdenerwowany.
 - Nie mam pojęcia, co to może być. – wyszeptał w naszą stronę. – Zabierzmy go do Pani Pomfrey.
Udało nam się dotargać wpół przytomnego Pottera do skrzydła szpitalnego. Panowała w nim zupełna cisza i tylko kilkoro przeziębionych uczniów leżało na łóżkach przy drzwiach. Słysząc szum, jeden z nich zerwał się na równe nogi i pobiegł po Panią Pomfrey, która, co nikogo nie dziwiło, spała o tej godzinie. Po chwili przybiegła i poleciła nam ułożenie kuzyna na łóżku. Przyglądała mu się przez kilka chwil po czym powiedziała:
 - To z pewnością sprawka czarnej magii. Widzę to w oczach.
Gwałtownie odwróciłam głowę w stronę Albusa. On też patrzył na mnie, tym samym wzrokiem. Myśleliśmy o tym samym.

sobota, 8 września 2012

[V] Nowy Minister i tajemniczne rozmowy.


Pierwszy dzień w szkole minął nam bardzo szybko. Byliśmy naprawdę dumni z Teda, który przekonał do siebie większość uczniów Hogwartu wykazując się inteligencją i wszechstronnością. Wieczorem wszyscy opadliśmy na ogromną kanapę w Pokoju Wspólnym. Z kominka biło przyjemne ciepło ognia, a znajdujące się na stoliku świeczki rzucały jasny blask na nasze twarze. Wokół słychać było gwar uczniów Gryffindoru, którzy gawędzili, odrabiali lekcje lub grali w szachy. Roxanne dostrzegła wśród grających swoich przyjaciół z Ligi Szachowej, więc postanowiła do nich dołączyć.  Oparłam się o jedwabną poduszkę, czując znużenie. Przymknęłam oczy i zaczęłam przysłuchiwać się rozmowie Adama i Lorcana dotyczącej wypracowania o teleportacji względnej na dwie rolki pergaminu. Westchnęłam ciężko, zdając sobie sprawę, że będę musiała zabrać się za to jutro. Tęskniłam za Hogwartem w wakacje, ale czując natłok pracy czekającej mnie przez następne dziesięć miesięcy, zaczęłam marzyć o drzemce we własnym domu. Z rozmarzenia wyrwali mnie najstarsi bracia, którzy z hukiem weszli do salonu klnąc głośno.
 - Co się stało? – spytał Albus, rzucając czytaną książkę na podłogę.
 - Bennet! – wrzasnął James, kopiąc mosiężną nogę sofy. – Ten idiota stwierdził dzisiaj, sprowokowany przez rozdartego Marka Clarksa, że wszyscy powinni poprzeć kandydaturę Malfoy’a na Ministra Magii, gdyż on już wprowadzi poważne zmiany w tej szkole. – Twarz Jamesa przybrała barwę dojrzałego buraka.
 - Nasz nauczycielek się wygadał. On musi coś wiedzieć.. Przecież oficjalnie Ministerstwo nie ingeruje w sprawy Hogwartu.- spokojniejszym tonem odparł Fred, przygarniając ramieniem zdenerwowanego Pottera.
 - Dokładnie… czyżby zmowa? – zaciekawiła się Anja, pocierając podbródek.
 - No właśnie. Nie możemy pozwolić na zmiany dokonane przez Draco. – prychnęłam z dezaprobatą, poprawiając poduszkę pod głową.
 - Poza tym, uparł się na Libby, cały czas jej dogryzał, a to tylko, dlatego, że to jej ojciec najgorliwiej bronił kandydatury Harrego na Ministra. – wycedził przez zęby Fred.  – Nie pozwolę na to.
 - Libby? – Louis trącił kuzyna łokciem, a ten zaczerwienił się.
Zerknęłam ukradkiem na Anję, która spuściła wzrok. Złapałam przyjaciółkę za rękę, mrugając do niej radośnie. Dziewczyna nie dała po sobie poznać, jak bardzo zabolał ją ostatni temat naszej rozmowy. Mamrocząc, że rozbolała ją głowa podążyła w kierunku naszego dormitorium. Posyłając kuzynom przepraszające spojrzenie, popędziłam za Gryfonką. W pokoju siedziała Sara, przeglądając notatki z numerologii i układając je w teczce.
 - Dlaczego on mnie nie dostrzega? – Anja rzuciła się na łóżko, zakrywając swoje piękne włosy kocem.
Usiadłam obok dziewczyny, delikatnie odgarniając materiał z jej głowy. Nie wiedziałam, co mam jej powiedzieć. Chciałam sklecić choć kilka zdań, które udobruchałyby tak bliską mi osobę. Jednak inicjatywę przejęła Sara, zostawiając notatki na podłodze.
 - Słuchaj, jesteśmy młodsze. Chłopaki tacy jak Fred interesują się dojrzalszymi dziewczynami. – szepnęła, gładząc kosmyki Anji. – Poza tym zawsze będziemy tylko przyjaciółkami jego młodszej siostry.
Nie mogłam patrzeć na roztrzęsioną Gryfonkę. Po jej jasnej twarzy ciekły łzy, a różowe usta były zaciśnięte.
 - Pogadam z nim Anju. – odparłam szybko.
 - Nie kochana, dziękuję Ci. Niech się stara o Libby, ja poczekam. Sama spróbuję pokazać mu, ze istnieję. – Dziewczyna uśmiechnęła się przez łzy, gładząc leciutko moją dłoń.
Rozmawiałyśmy prawie całą noc. Dlatego rano, nie zdziwiło nas, że nie usłyszałyśmy budzika. Zdając sobie sprawę, że mamy tylko dziesięć minut do rozpoczęcia zajęć zaczęłyśmy w amoku ubierać się i czesać włosy. Machnięciem różdżki zapakowałam do szkolnej torby wszystkie potrzebne podręczniki. Wybiegłyśmy z dormitorium, ciesząc się, że pierwszą lekcją w środę jest zielarstwo. Truchtem dotarłyśmy do szklarni, znajdującej się przy błoniach szkolnych. Przepraszającym uśmiechem powitałyśmy Profesora Longbottoma, który tłumaczył, jak należy obchodzić się z Dyptamem. Wujek skinął głową, po czym wskazał nam miejsca, które szybko zajęłyśmy. Włożyłyśmy rękawice ze smoczej skóry i zaczęłyśmy wsadzać korzenie Dyptamu do głębokich, białych donic. W południe, strasznie głodne i zmęczone wybrałyśmy się do Wielkiej Sali na lunch. Widziałyśmy nietęgie miny Gryfonów, którzy grzebali niechętnie w swoich talerzach. Patrzyłam na nich zdezorientowana, nie mając pojęcia, o co może chodzić. Przysiadłam się do Hugo i Jamesa, którzy siedzieli tak samo pochmurni jak reszta.
 - Malfoy został Ministrem. – wyszeptał Hugo, opierając policzek o rękę.
 - Że co?! – pisnęłam, czując, że gotują się moje wnętrzności. – Co z wydziałami w Ministerstwie które popierały Harrego?!
 - Nagle zmieniły zdanie. Podejrzane, co nie? – prychnął James, waląc pięścią w stół.
Rozejrzałam się po Wielkiej Sali, szukając Scorpiusa. Siedział przy stole Ślizgonów, samotny i najwyraźniej zasmucony. Czy tak wygląda syn osoby, która właśnie przejęła władzę w świecie magicznym? Postanowiłam dowiedzieć się, czemu młody Ślizgon, nie pała entuzjazmem. Gdy Malfoy wstał od stołu, zerwałam się z miejsca, zostawiając zdziwioną rodzinę bez słowa. Podążałam krok w krok za chłopakiem, wyczekując momentu, kiedy będziemy sami na korytarzu. Gdy Ślizgon zakręcił w stronę lochów, postanowiłam wykorzystać okazję. Dogoniłam blondyna, który skrzywił się, widząc mnie.
 - Yyyy…cześć. – zaczęłam rozmowę w dość banalny sposób.
 - Weasley, chyba Ci się coś pomyliło. – prychnął chłopak, nie zwalniając kroku.
 Nie zraziły mnie te słowa. Przecież nie chodziło mi o to, aby ucinać z chłopakiem miłe pogaduszki. Potrzebowałam informacji. Konkretnych informacji.
 - Nie jesteś zadowolony z sukcesu Twojego ojca?
 Blondyn zatrzymał się i zmierzył mnie wzrokiem. Był wyraźnie zakłopotany.
 - Jestem, oczywiście, że jestem.
 - Przecież widzę, że kłamiesz Scorpiusie. – rzuciłam w stronę blondyna, unosząc brwi.
 - Odwal się Rose. Ty i ta Twoja rodzinka wpychacie nos w nie swoje sprawy. – palnął blondyn, po czym wszedł do lochów.
Westchnęłam ciężko, decydując się na odwrót. Wiedziałam, że Ślizgon coś ukrywa, był wyraźnie podenerwowany. Nie miałam jednak pojęcia, czy to poważny powód i czy faktycznie dotyczy wyboru jego ojca na ministra. Popędziłam w stronę sowiarni, aby wysłać list do rodziców. Chciałam wiedzieć, co oni sądzą na temat całego zamieszania związanego z nowymi rządami w Ministerstwie. Przepychałam się przez rozwrzeszczane tłumy uczniów na pierwszym piętrze, gdy poczułam czyjąś rękę na swoim ramieniu. Odwróciłam się gwałtownie i spostrzegłam Roxanne, która z zatroskaną miną wpatrywała się we mnie.
 - Czemu tak szybko wyszłaś? – spytała karcącym tonem.
 - Chciałam złapać Scorpiusa i dowiedzieć się, czemu jest taki zły w ostatnim czasie. Coś mi to wszystko nie pasuje do wielkiego triumfu Malfoy’ów.
Dziewczyna potakująco pokręciła głową, po czym udała się ze mną do sowiarni. Pogoda była wprost okropna. Jesienna mżawka ograniczała pole widzenia i wprowadzała nieprzyjemny nastrój. Zaciągnęłam sweter prawie pod nos i wlekąc za sobą kuzynkę, wybiegłam z głównych błoni do wieży, gdzie znajdywały się ptaki. Wchodziłyśmy w milczeniu po schodach, dlatego zdołałyśmy usłyszeć głosy niosące się po całym pomieszczeniu. Po chwili zorientowałyśmy się, że to głosy przyjaciół Scorpiusa: Drake’a i Lucy. Skuliłyśmy się przy ścianie, próbując zrozumieć sens ich rozmowy.
 - Scorpius nie wie, czego się spodziewać. Przecież jego ojciec obiecał, że nie będzie się mieszał w żadne sprawy dobra publicznego. To oczywiste, po upadku Czarnego Pana rodzina Malfoy’ów nie ma zbyt dobrej renomy. Scorpius nie jest taki jak Draco. Nie chce odpowiadać za błędy ojca. Boi się zmian, które on chce wprowadzić. To widać Lucy. – wyszeptał osiłek Scorpiusa.
- Dziwi mnie to, że Draco tak szybko zmienił zdanie i postanowił kandydować. Nigdy nie brał udziału w potyczkach politycznych, siedział w swoim Departamencie Spraw Podatkowych jak w norze. Skąd te głosy na niego? Nie wiem, jednak jego rządy sprawią, że będzie nam lepiej. Wreszcie w świecie magii zapanuje porządek, którego nie było od śmierci Voldemorta.

Zerkałyśmy na siebie z osłupieniem. Nie miałyśmy jednak czasu na wymianę jakichkolwiek uwag, gdyż Ślizgoni zaczęli opuszczać szczyt wieży. Szybko wyprostowałyśmy się, udając, że przed sekundą weszłyśmy do budynku. Minęłyśmy Lucy i Drake’a , którzy patrzyli na nas wilkiem, jednak w ich oczach widać było strach. Czyżby zdawali sobie sprawę, że słyszałyśmy ich rozmowę?
Wybazgrałyśmy list do rodziny, jednak, ze względów bezpieczeństwa, nie zawarłyśmy w nim wszystkich nurtujących nas pytań. A przecież tyle ich było. Pierwszy raz poczułam, że tęsknię za mamą i tatą, wiecznie roześmianym wujkiem George’m, babcią Molly wciskającą nam jedzenie i całą resztą rodziny. Przypięłyśmy kartkę do nóżki mojej sowy i jeszcze długo wpatrywałyśmy się w okno, dopóki ptak nie zniknął za horyzontem.

poniedziałek, 3 września 2012

[IV] Był do tego stworzony.


Wstałam rano z ogromnym bólem głowy. Podnosząc się powoli z dębowego łoża, zerknęłam w stronę Nicole i Anji. Obie jeszcze spały, przykryte prawie po uszy grubymi kocami. Szybkim ruchem różdżki pościeliłam swoje posłanie i podążyłam szybkim krokiem w stronę łazienki. Spojrzałam w lustro i jak zwykle, ujrzałam rudą dziewczynę z rozczochraną czupryną i lekkimi sińcami pod oczami. Potraktowałam twarz lodowatą wodą, która szybko wygoniła ze mnie resztki zaspania. Kiedy próbowałam ogarnąć moje niesforne kosmyki, do pomieszczenia weszła Nicole, wyszczerzając na powitanie swoje proste i białe zęby. Patrzyłam na nią pełna podziwu. Jej buzia wyglądała idealnie, cera była jasna i promienna, a włosy gładkie, jakby dopiero wyszła od fryzjera. Zazdrościłam dziewczynie tego, że nawet siedmiu godzinach snu wyglądała jak top modelka. Wzdychając lekko, wyszłam z łazienki mrucząc:
- Czekam w Pokoju Wspólnym.
W drodze do salonu Gryffonów zdołałam obudzić oporną na wszystkie bodźce zewnętrze Anję. Całą swoją siłą, zerwałam z niej koc, na co dziewczyna odpowiedziała dość głośnym piskiem.
 - Wstawaj śpiochu! Za 10 minut zbiórka w Pokoju Wspólnym, idziemy na śniadanie. – Wypowiedziałam te słowa jednym tchem, po czym zeszłam na dół. Przy kominku stali już James, Albus, Fred ,Roxanne i Hugo. Obdarzyłam każdego soczystym całusem, po czym stanęłam obok, czekając na moje przyjaciółki.
 - Jak tam pierwsza noc w Hogwarcie w tym roku? – zagadnął mnie Hugo, widząc moje znużenie.
 - Źle. Nie mogłam spać. James mówił Wam o wczorajszej wizycie Malfoya na naszym piętrze?
Chłopak spojrzał mi w oczy i objął ramieniem.
 - Musimy wierzyć, że Ślizgon przyszedł tu tylko z ciekawości. Ot tak. - Mój brat starał się przyjąć wesoły ton, jednak jego głos odrobinę się załamywał.
 - Wiecie, te pogłoski o tym, że jego ojciec coś knuje, że chce zostać Ministrem Magii, sprawiają, że jesteśmy bardziej czujni. – wtrąciła Roxanne, bawiąc się kosmykiem swoich ognistych włosów.
- Póki, co, nie ma powodów do obaw. – skwitował szybko James, widząc idące w naszą stronę dziewczyny i Adama.
W Wielkiej Sali unosiły się wspaniałe zapachy smażonych jajek, boczku i tostów z serem. Fred z Louisem z ogromną werwą rzucili się w stronę stołu Gryfonów, rozsiadając się między kilku przestraszonych pierwszoroczniaków. Wraz z przyjaciółkami zajęłyśmy miejsca naprzeciw kuzynów, żałując zaraz tej decyzji. Chłopaki w niezwykle nieapetyczny sposób popijali ogromne ilości jedzenia kuflami soku dyniowego. Wzdychając głęboko, nałożyłam najmniejszą kromkę chleba tostowego. Zdałam sobie sprawę, że mój apetyt przeminął na dobre. Nasze śniadanie przerwał Brandon, który stanowczym krokiem kierował się w stronę stołu Gryfonów, dzierżąc w swoich dłoniach najnowszy egzemplarz „Proroka Codziennego”. Chłopak rzucił nam gazetę, siadając między mną a Anją. Nie musieliśmy nawet otwierać szarego brukowca, gdyż pierwsza strona wręcz do nas krzyczała.  Przysunęłam obiekt zainteresowania w moją stronę ignorując nerwowe mruczenie Hugo i bojowe okrzyki Freda i Louisa.
 - Cicho wszyscy! – zarządziłam. – Zaczynam czytać.
Odchrząknęłam kilka razy i wyprostowałam się na krześle. Starałam się opanować ton głosu tak, aby postronni nie wyczuli mojego zdenerwowania.
Harry Potter głową Ministerstwa?
Dziś członkowie Ministerstwa Magii z własnej inicjatywy wysunęli kandydaturę Pana Pottera na stanowisko Ministra. Decyzja była poparta większością głosów oddanych przez pracowników wszystkich wydziałów Ministerstwa. Jedynymi przeciwnikami owej kandydatury okazali się być przedstawiciele Wydziału Utrzymania Tożsamości i Tradycji założonej 10 lat temu przez Teodora Nott’a. Twierdzą oni, iż Potter przez wszystkie lata swojego życia wykazywał się lekceważeniem w stosunku do ogólnie przyjętych zasad oraz wrogim nastawieniem do teorii utrzymania czystości krwi. Ponadto członkowie wydziału uważają, że to właśnie Pan Harry Potter poprzez swój bunt jest odpowiedzialny za wszelkie nieszczęścia, które spotkały pokolenie czarodziejów przed 30 laty.
Gdy skończyłam czytać, zgięłam ze zdenerwowania gazetę i rzuciłam ją pod nogi jakiejś trzecioklasistki. Spostrzegłam, że twarz Jamesa robi się coraz bardziej czerwona, więc chwyciłam kuzyna kurczowo za rękę, aby go uspokoić.
 - Ojciec Nott’a był Śmierciożercą! Oszołomiła go nasza mama, a teraz siedzi w Azkabanie. – Hugo próbował mówić szeptem, jednak emocje, które nim targały, doprowadziły jego głos do nieprzyjemnego dla uszu pisku.
 - Dokładnie. A jego synalek założył tę plugawy Wydział pełen byłych Śmierciożerców, którym nie udowodniono winy i innych pseudo-czarodziejów, którzy najchętniej powybijaliby wszystkich porządnych obywateli z wątpliwą czystością krwi. – wycedził James, zaciskając pięść.
 - Spokojnie, przecież obecnym Ministrem jest Kingsley Shacklebolt. On na pewno nie pozwoli na to, aby Ministerstwo przejął Malfoy. – Uspokajał wszystkich Albus.
Reszta towarzystwa pokiwała głowami wobec spostrzeżeń Albusa.
 - To wszystko mi nie gra. Wydaje mi się, że Draco coś knuje. – rzuciła Roxanne.
Nagle do Wielkiej Sali wszedł Scorpius. Jego zazwyczaj blada twarz przybrała teraz barwę purpury, a w szarych oczach malowała się wściekłość. Za nim podążał tępy osiłek Drake, który również miał nietęgą minę. Ślizgoni przepchali się przez grupkę uczniów i usiedli obok Lucy Nikwerdis, która najwyraźniej była zdziwiona ich zachowaniem. Scorpius mówił coś do swoich przyjaciół, po czym odwrócił się w naszą stronę, posyłając nam pełne wrogości spojrzenie. Zerkałam zdziwiona na chłopaka, uświadamiając sobie, że zapewne przeczytał już dzisiejsze wydanie Proroka Codziennego. Wzruszyłam ramionami, nie mając najmniejszej ochoty na przejmowanie się tym nadętym karaluchem. Wyciągnęłam z torby złoty zegarek na łańcuszku, który otrzymałam od cioci Angeliny i wujka George’a w dniu 14 urodzin. Jego czarne wskazówki wskazywały za kwadrans dziewiątą.
 - Kochani, za piętnaście minut zaczynają się zajęcia. Czas na nas chłopaki. – zarządziłam, ciągnąc za sobą Adama i Albusa.
Szliśmy przez przestronny korytarz, zatrzymując się co chwilę, aby powitać kogoś znajomego. Szybko dołączyli do nas bliźniacy, Lorcan i Lysander, którzy byli w stanie ożywionej kłótni.  – Widać, że rodzice jeszcze nie wrócili z Majorki. – wyszeptał do mnie Adam. ( Rodzicami bliźniaków była Luna Lovegood i Rolf Scamander, zostali oni przyrodnikami i często podróżowali.)
Weszłam do Sali Profesor Brown, która uczyła transmutacji, zostawiając w tyle przekomarzających się chłopaków. Miejsce obok mnie zajął Albus, próbując wyciągnąć ze skórzanej torby dość duży podręcznik do tego przedmiotu. Oparłam głowę o łokieć, czekając na rozpoczęcie zajęć.
 - Scorpiusie, usiądź obok mnie. – z transu wyrwał mnie dość gruby głos Nathan’a. Był on kumplem Malfoy’a, tak samo przebiegłym i fałszywym jak blondyn.
Chłopak przybrał już całkiem zdrowy koloryt cery. Zajął miejsce obok kolegi i nie dał po sobie poznać, że jeszcze dziesięć minut temu był w ogromnym amoku.  Nie miałam jednak czasu na dalszą obserwację, gdyż do klasy wmaszerowała profesor Brown. Była to dość drobna i niska kobieta. Jej twarz była nieskazitelna. Mimo wieku, nie było na niej ani jednej zmarszczki. Gęste, kręcone włosy koloru miodowego wystawały spod spiczastej tiary, a dość małe, brązowe oczy witały nas wszystkich w nowym roku szkolnym.
 - Mam nadzieję, że wypoczęliście w wakacje, bo czeka nas dużo pracy. Piąta klasa równa się sumy, nie zapominajcie o tym. – nauczycielka wygłosiła te słowa stojąc na podeście, gdzie znajdywało się jej spore mahoniowe biurko.
 - Zaczyna się – westchnął Albus, ocierając pot z czoła.
 Uśmiechnęłam się lekko w stronę brata, po czym ponownie skierowałam swoją uwagę na profesor Brown.
Po transmutacji mieliśmy tak długo wyczekiwane zajęcia obrony przed czarną magią. W zwartej grupce weszliśmy do klasy, jeszcze przed rozpoczęciem lekcji. Ted powitał nas wszystkich mocnym uściskiem. Jego brązowe, jak zawsze rozczochrane włosy zakrywały wysokie czoło, a niebieskie oczy iskrzyły się młodzieńczym blaskiem. Widać było, że jest dość zestresowany pierwszym dniem, jako nauczyciel.
 - Na pewno będziesz świetny – poklepałam Teda po plecach, aby dodać mu otuchy. Spojrzał na mnie nieśmiało, jakby nie wierzył w moje słowa.  Rozległ się dzwonek, więc szybko zajęliśmy swoje miejsca. Usiadłam z Albusem w pierwszej ławce, tak, aby móc dopingować nowego nauczyciela swoim uśmiechem.
 - Witam wszystkich. Jak zapewne wiecie, nazywam się Ted Lupin i będę Was uczył obrony przed czarną magią. Stawiam na ćwiczenia praktyczne, więc możecie schować podręczniki. – Mężczyzna zwrócił się do kilku Krukonów, którzy byli zajęci wyciąganiem książek w skórzanych oprawach.
Rozejrzałam się po klasie. Ślizgoni okazywali swoje niezadowolenie, wywracając oczyma i krzywiąc się niemiłosiernie.
 - Dzisiaj zajmiemy się działaniem zaklęcia Ascendio.- donośnym głosem poinformował nas Lupin.- Czy ktoś wie, co to za zaklęcie?
Cała nasza grupa natychmiast wystrzeliła ręce w górę, co spotkało się z cichym chichotem uczniów Slytherniu.
 - Albus, słucham.
 - To zaklęcie, które wystrzela różdżkę z ogromną siłą, w odpowiednią stronę. – Potter odpowiedział głośno, zerkając w stronę Ślizgonów.
 - Dokładnie, bardzo pomocne, gdy znajdujemy się w pułapce. 5 punktów dla Gryffindoru. – odparł nauczyciel, na co Gryfoni zareagowali głośnym rykiem. - W klasie niebezpiecznie byłoby zastosować to zaklęcie, gdyż zapewne rozwalilibyśmy ściany. Na szczęście, dyrektor McGonagall pozwoliła nam wyjść na błonia w celu ćwiczeń. 
Szliśmy szybko, nie chcąc tracić ani chwili z zajęć. Bliźniaki podskakiwali wesoło, wyprzedzając nas, natomiast ja z Albusem i Adamem dotrzymywaliśmy kroku profesorowi.
 - Genialny wybór jak na pierwszą lekcję, Ted. – mój kuzyn pochwalił Lupina.
 - Dzięki. W sumie, to Harry mi podpowiedział. Ponoć to zaklęcie pomogło mu w Turnieju Trójmagicznym. – odchrząknął mężczyzna, ogarniając wzrokiem całą klasę.
Na błoniach jesienne słońce przykryte zostało niewielkimi chmurami. W powietrzu było czuć zapach jabłek i liści. Lekki wiatr ochładzał nasze ciała, dzięki czemu, wszyscy mieli więcej energii do pracy. Zabraliśmy się do ćwiczeń. Dzięki wskazówkom Lupina, wszyscy bardzo szybko zrozumieli istotę Ascendio. Nawet niektórzy Ślizgoni, widząc swoje postępy, zaczęli przekonywać się do nowego nauczyciela. Obserwowałam z radością Lupina, widząc, jak wiele przyjemności sprawia mu rola nauczyciela. Był do tego stworzony.

wtorek, 28 sierpnia 2012

[III] Wiedziałam, że tej nocy nie będę spać spokojnie.


Po odprowadzeniu młodszych uczniów do swoich dormitoriów i krótkim wykładzie o zasadach panujących w szkole, który wygłosił Albus rozeszliśmy się do swoich pokoi. Byłam bardzo zmęczona całym dniem, ale wiedziałam, że zaraz zobaczę się z przyjaciółkami, co dodawało mi sił. Weszłam szybko po mosiężnych schodach, przejeżdżając dłonią lakierowaną barierkę. Delikatnie otworzyłam ciężkie drzwi sypialni, rozglądając się po pokoju. Słysząc ciche skrzypnięcie, dziewczyny odwróciły się gwałtownie i przybiegły mnie powitać.
 - Jak dobrze Cię widzieć! - Anja rzuciła mi się w ramiona, podskakując radośnie.
 - Was też świetnie widzieć.- uśmiechnęłam się do dziewczyn, ściskając przy tym Sarę.
Przyjrzałam się przyjaciółkom i wydawały mi się jeszcze piękniejsze niż przed wakacjami. Czarny, błyszczący warkocz Anji był o wiele dłuższy i pięknie układał się na jej wyraźnie pełniejszym biuście. W dużych,piwnych oczach dziewczyny, zerkających na mnie spod długich rzęs malowała się radość i podekscytowanie. Sara również wyglądała wspaniale. Jej jasna czupryna spięta była w ciasny kok, z którego wychodziły pojedyncze pasma włosów, a w ciemnych oczach nie widać było żadnego zmęczenia. Szeroka,czarna szata szkolna, przykrywała jej nienaganną figurę. Trzymając obie przyjaciółki za ręce, poprowadziłam je na starą, purpurową sofę, która stała w rogu naszej sypialni.
Kiedy już wszystkie wygodnie ułożyłyśmy się, sięgnęłam po różdżkę i wyczarowałam 3 niewielkie butelki kremowego piwa. Każda z nas mocno chwyciła szkło i zaczęłyśmy niezwykle głośną rozmowę, spowodowaną 2 miesięczną tęsknotą.
 - Jak było w Australii Anju? - zwróciłam się w stronę brunetki, biorąc spory łyk piwa.
 - To była wycieczka mojego życia dziewczyny! - Gryfonka podekscytowała się, a w jej oczach można było dostrzec iskry. - Naprawdę świetnie się bawiłam, pogoda była niesamowita i krajobrazy zapierały dech w piersiach.
Razem z Sarą z uwagą wysłuchałyśmy opowieści przyjaciółki o kangurach, dziwacznym wujku leżącym cały dzień na hamaku i australijskich sklątkach tylnowybuchowych.
 - Szkoda, że nie byłyście tam ze mną. - westchnęła dziewczyna, odstawiając na dębową podłogę pustą butelkę po trunku. - Tęskniłam za Wami i ....
 - Fredem? - dodała szybko Sara, nie zważając na moje zażenowanie.
Wiedziałam, że gdy tylko rozpocznie się temat mojego kuzyna z ust przyjaciółek wybrzmią takie słowa jak "ciacho" czy " z takim to bym się mogła zatracić".
 - Koniec tematu, koniec tematu! - zaczęłam nerwowo wymachiwać rękoma na prawo i lewo, co rozbawiło moje koleżanki. - Fred jest szczęśliwym singlem.
Zostawiając Gryfonki w dormitorium postanowiłam przejść się po szkolnych korytarzach, których tak brakowało mi podczas ferii letnich. Nie chciałam jednak robić tego sama, dlatego zdecydowałam się spytać Jamesa, czy nie chciałby mi towarzyszyć. Ruszyłam w stronę dormitoriów chłopaków, zatrzymując się na chwilę w salonie Gryffindoru. W kominku przyjemnie tlił się ogień, rozświetlając czerwone skórzane fotele obite w złote plety z herbem naszego domu. W kącie stał pokaźny, lakierowany regał z przeróżnymi księgami potrzebnymi do odrobienia pracy domowej, uwarzenia eliksiru czy samodzielnej nauki. Zaraz przy regale znajdywał się niewielki okrągły stolik z dwoma krzesłami, gdzie każdy mógł usiąść i wziąć się do nauki czy też napisać wypracowanie na 2 rolki pergaminu dla profesora Corney'a. Zerkałam na wszystko z dużym sentymentem. Po chwili podążyłam do dormitorium Jamesa, pokonując takie same schody, jak przy naszej sypialni. Dysząc ciężko, zapukałam 2 razy do drzwi i nie czekając na odpowiedź, otworzyłam szybko drzwi. Moim oczom ukazał się widok zapracowanych kuzynów. Potter wraz z Louisem i Fredem rozpakowywali ze swoich ogromnych walizek sterty ubrań, książki i inne gadżety za pomocą różdżek. Grube szydełkowane swetry od babci Molly wylądowały pod łóżkiem Louis'a. Patrząc na nich z wyrzutem, podbiegłam do łoża kuzyna i zanurkowałam pod nie, modląc się, abym nie padła ofiarom wielkiego pająka. Strach przed nimi odziedziczyłam po tatusiu. Dzięki Bogu, pod meblem nie było żadnego kurzu ani brudy, nie mówiąc już o insektach. Zdecydowanym ruchem przyciągnęłam do siebie swetry kuzynów i ułożyłam je na najwyższej półce regału na ubrania.
 - James, przejdziesz się ze mną? - spytałam cicho, nie zwracając najmniejszej uwagi na reakcję brata i ciągnąc go w kierunku drzwi.
_____
Przechadzaliśmy się powoli, rozmawiając o niezwykle uciążliwych planach mojej mamy co do wzorowego zdania Owutemów przez chłopaków. James nie przejął się tym za bardzo, tak jak i reszta towarzystwa. Śmiejąc i żartując wracaliśmy do Pokoju Wspólnego. Nagle zauważyliśmy szczupłego i wysokiego chłopaka przy drzwiach, który z pewnością nie był Gryfonem. Jego szare oczy łypały na Grubą Damę, która była pogrążona w głębokiej drzemce i nie zauważyła intruza. Jasne, prawie białe włosy opadały na wysokie czoło chłopaka,a na jego bladej twarzy rysował się chytry uśmieszek. Momentalnie zorientowaliśmy się kim jest ów "gość" i zachowując opanowanie zbliżyliśmy się do Ślizgona. Chłopak odwrócił się w naszą stronę, lekko zdezorientowany, jednak jego uczucia można było odczytać tylko po oczach. Złośliwy grymas twarzy pozostał i uderzał w nas z całej siły.
 - Co tutaj robisz, Malfoy? - James podniósł głos i obdarzył Scorpiusa wrogim spojrzeniem. - Z tego co mi się wydaje, Wasze dormitorium znajduje się w lochu.
Chłopak zaśmiał się pod nosem, wywracając oczyma.
 - Nie Twój interes, Potter, co tutaj robię. Twój miniaturowy mózg i tak tego nie ogarnie.
Potter już szykował jakąś ciętą ripostę, jednak złapałam go szybko za ramię i przyciągnęłam do siebie, robiąc firmową minę "Bracie, nie warto". James obdarzył mnie lekkim uśmiechem, po czym odwrócił się na pięcie, zostawiając Ślizgona w spokoju.
 - Zmykaj stąd Scorpiusie, już! - machnęłam ręką w stronę Malfoy'a, po czym pobiegłam za moim kuzynem.
 - Zamknij się, Weasley, kim Ty niby jesteś aby mi mówić co mam robić? - krzyknął za mną blondyn, krzyżując ręce w geście obronnym.
Zatrzymałam się, biorąc głęboki wdech i licząc do trzech. Pewna siebie ponownie odwróciłam się w stronę Malfoy'a.
 - Słuchaj gnojku, z dniem dzisiejszym zostałam wybrana przez profesora Longbottoma na Prefekta Gryffindoru i myślę, że Dyrektor McGonagall zainteresuje się Twoją wieczorną obserwacją naszego dormitorium.Czuję się w obowiązku dbać o bezpieczeństwo mojego domu. - wycedziłam przez zęby, bardziej po to, aby zrobić na złość blondynowi.
Nie odrywałam wzroku od oczu Ślizgona, które w tym momencie pałały do mnie największą nienawiścią.
 - W takim razie chciałbym Cię poinformować, że ja również przez najbliższe lata będę pełnił rolę prefekta. Szanowny opiekun Slytherinu, profesor Bennet był łaskaw zaszczycić mnie tą propozycją. - chłopak zerkał na mnie z dezaprobatą, a w jego głosie dało się wyczuć niezrównaną satysfakcję.
 - W takim razie powodzenia - odparłam, odwracając się i zostawiając Ślizgona samego na korytarzu. 
Weszłam do Pokoju Wspólnego dysząc ciężko. Oparłam ręce o kolana, nachylając głowę i pozwalając moim myślom na swobodny przepływ. Przymknęłam na chwilę oczy, aby móc znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla Scorpiusa. Żadne takie mi się nie nasuwało.Dlaczego Malfoy obserwował Grubą Damę? Co on knuje? Jako prefekt Slytherinu chłopak miał wolną rękę do działania. Nikt nie mógł oskarżyć go o pałętanie się po szkole w nocy czy inne ekscesy. Moje kontemplacje przerwała Anja, szturchając mnie dość mocno. 
 - Słuchaj, chcę się zapisać do drużyny quidditcha. - wypowiedziała to zdanie jednym tchem, stojąc prosto jak struna.
Spojrzałam ze zdziwieniem na przyjaciółkę, po czym odpowiedziałam:
 - Przecież Ty nie umiesz grać w quidditcha. 
 - Może i nie umiem, ale mam taki plan, żeby w ten sposób zbliżyć się do Freda. Poproszę go o dodatkowe treningi. - Dziewczyna z aprobatą klasnęła w dłonie.
Zaśmiałam się, jednak wiedziałam, że to okropnie głupi pomysł. Niestety, musiałam zgasić zapał Anji w tempie natychmiastowym.
 - Słuchaj, nawet tysiąc treningów nie zrobi z Ciebie gracza, nie masz tego drygu. Poza tym, wydaje mi się, że Fred nie byłby zachwycony wizją siedzenia po zajęciach, żeby Cię tego nauczyć. 
Brunetka spochmurniała, jednak stwierdziła, że nie odpuści snucia nowych planów, w jaki sposób zbliżyć się do mojego kuzyna. Westchnęłam ciężko, dając jej do zrozumienia, że nie ma mojego błogosławieństwa, po czym wtargałam się po schodach do mojego dormitorium. Wiedziałam, że tej nocy nie będę spać spokojnie.
Koniec

Z góry przepraszam za wszystkie błędy. Mam nadzieję, że spodobała Wam się trzecia część. Czwarta pojawi się za tydzień, lub trochę krócej. Pozdrawiam :*

czwartek, 23 sierpnia 2012

[II] Byłam szczęśliwa

Adam przywołał nas do siebie skinieniem dłoni, dając do zrozumienia, że łatwo ktoś może nas usłyszeć, więc musimy mówić szeptem. Stworzyliśmy wokół przyjaciela zwarte koło, tak, aby każdy z nas mógł dobrze widzieć wyraz jego twarzy i dobrze słyszeć każde słowo. Słońce znajdujące się w zenicie, przebijało się przez szyby pociągu, parząc nas w karki, jednak nikt nie ruszył się z miejsca, aby zaciągnąć purpurowe zasłony i stworzyć cień. "Żongler" przeglądany przeze mnie przed chwilą, posłużył teraz za nakrycie głowy, chroniące przed bezwzględnymi promieniami.
- Moi drodzy, decyzja Draco o wystawieniu swej kandydatury była, delikatnie mówiąc, przemyślana.- Adam nachylił się w naszą stronę,przegryzając nerwowo wargę.
- Zaraz, faktycznie! - uniósł się James - Przecież rodzina Malfoy'ów ma mnóstwo pieniędzy, którymi mogą...
- Zasilić budżet Ministerstwa? - Hugo dokończył, klaszcząc energicznie w dłonie.
Wszyscy zamilkli szukając jakichś dalszych wskazówek, które tłumaczyłyby brak moralności w tak ważnej dla magicznego świata instytucji.
- Przecież tu nie tylko o to chodzi. - wtrącił Louis. - Podobno Malfoy posiada jakieś brudne informacje o obecnych członkach Ministerstwa, którymi może pogrążyć całą instytucję.
- No tak, wątpię aby chcieli ryzykować. Przyjęcie Draco na szczyt, oznaczałoby same korzyści.Reputacja zostanie, a dodatkowo profity pieniężne osłodzą słabe rządy byłego Śmierciożercy.- Fred pokiwał głową, w sposób wyrażający dezaprobatę.
- Ale tu nie tylko o to chodzi: Draco będzie mógł wprowadzić wyznawane przez siebie zasady do Hogwartu. - wyszeptał Adam jednym tchem.
- Nie sądzę. McGonagall nigdy by na to nie pozwoliła. - James uniósł głos - Hogwart od czasów Dumbledora był niezależną instytucją, pozbawioną wpływów z zewnątrz.
- Dopiero kiedy Voldemort przejął władzę, wszystko zaczęło się komplikować. - dodałam, łapiąc się za głowę.
Nagle drzwi do naszego przedziału głośno zaskrzypiały i otworzyły się. Wstrzymaliśmy oddech na chwilę, ale zaraz uspokoiliśmy się. Naszym oczom ukazał się wujek Neville, nauczyciel zielarstwa i przyjaciel naszych rodziców.
- Cześć dzieciaki! - mężczyzna powitał nas wesołym tonem, uśmiechając się do każdego po kolei. Podeszliśmy do Longbottoma i wyściskaliśmy go serdecznie.
- Cóż tam słychać wujku? Jak ciocia Hanna? - zapytałam uprzejmie, ukazując Nevillowi miejsce obok mnie.
- U nas wszystko wspaniale, czujemy się świetnie. W ferie zimowe przyjedziemy odwiedzić Waszych rodziców. - mężczyzna poinformował nas o tym z wielkim zapałem.
- Bardzo się cieszymy. - odparliśmy chórem.
Po chwili rozmowy, opowieściach o wakacjach i planach na nowy rok szkolny Neville przeszedł do sedna sprawy.
- Kochani, jak zapewne wiecie, trzeba wybrać nowych prefektów. Chciałbym poprosić Rose i Albusa aby uczynili mi ten zaszczyt i zgodzili się nimi zostać.
Spojrzałam na Albusa, a on na mnie. Jednak nie czekaliśmy długo z decyzją. Odkąd pamiętam marzyłam o tym, aby zostać prefektem, tak jak moi rodzice. Wiedziałam, że będą ze mnie bardzo dumni i nie bałam się powierzonych mi obowiązków.
- Wujku, z przyjemnością! - ucieszony głos Pottera rozniósł się po całym przedziale. Ruchem głowy zgodziłam się z Albusem, w głębi duszy dziękując Bogu, że ten rok tak wspaniale się dla mnie rozpoczął.
Powoli zaczęło się ściemniać. Słabe światło lampy, rzucało blask na nasze twarze, na których można było wyczytać znużenie długą podróżą. Oparłam się o ramię Jamesa i próbowałam odpocząć. Jednak podświadomość nie dawała mi zmrużyć powiek, obserwowałam Roxanne i Louisa siedzących naprzeciwko i wymieniających się plikiem kart z wizerunkami znanych czarodziejów z czekoladowych żab. Uśmiechnęłam się do siebie, gdy przypomniałam sobie, że Fred podczas wakacji podebrał im kilka ważniejszych pozycji z kolekcji, licząc, że nikt go nie zobaczy. Rodzeństwo zaczęło narzekać, że wymianę utrudnia im niezwykle słabe światło tlące się w jednym kloszu powieszonym przy drzwiach przedziału. Pozostałe dwie lampy już od kilku dobrych lat odmawiały posłuszeństwa. Wyjęłam z torby wygaszacz, który tata podarował mi przed rozpoczęciem nauki w Hogwarcie.Wcześniej on sam dostał go w spadku od profesora Dumbledore'a i pomógł mu w dotarciu do swoich przyjaciół w chwili zwątpienia. Przyglądałam mu się badawczo, stwierdzając, że przez 20 lat nie utracił swojego blasku. Na metalowej obudowie nie dało się dostrzec ani jednej rysy, a wygrawerowane litery "AD" były całkowicie wyraźne i czyste. W momencie naciśnięcia spustu, całe pomieszczenie rozświetliło się, co sprawiło, że wszyscy czuliśmy się pewniej i przytulniej. Nagle przypomniałam sobie, że jako prefekt muszę już teraz spełniać swoją powinność i przypomnieć wszystkim, że za chwilę będziemy w szkole i należy włożyć szatę szkolną.
- Albus, musimy przejść się po przedziałach - odparłam stanowczo po czym pociągnęłam kuzyna za rękę i trzasnęłam drzwiami. - Zaraz będziemy w Hogwarcie.
__________
Wielka Sala po feriach letnich wydawała się jeszcze bardziej przestronna i widna. Przez wymyte okna odbijało się światło białych świec palących się tuż przy suficie. Wisiały one w powietrzu, tworząc podniosłą i uroczystą atmosferę. Na ścianach wisiały lniane płótna z godłami wszystkich czterech domów. Umiejętne zaklęcie sprawiło, iż powiewały one lekko, sprawiając wrażenie subtelnego tańca. Czyste, drewniane stoły uginały się od różnorodnych potraw, na widok których, wszystkim zaczęło ściskać żołądki. Na srebrnych tacach można było dostrzec pieczonego kurczaka,paszteciki grzybowe i ciastka z dynią. Wiedzieliśmy jednak że musimy poczekać, aż dyrektor McGonagall wygłosi swoją coroczną mowę, pełną przestróg i zakazów, jak i wskazówek na cały pobyt. Ceremonia przydziału pierwszoroczniaków również była nieunikniona, co oznaczało jeszcze pół godziny siedzenia w skupieniu.Odwróciłam się, przyglądając się przerażonym minom jedenastolatków. Rozglądali się oni niepewnie po ogromnym pomieszczeniu, tworząc zwartą grupę. Na polecenie dyrektorki podeszli powoli pod podest i ustawili się w równym szeregu. Każdy czekał cierpliwie, aż jego nazwisko zostanie wyczytane przez wujka Neville'a. Gdy już wszyscy zostali przydzieleni do odpowiednich domów, rozległy się oklaski i pogwizdywania.
- Wystarczy moi drodzy, pozwólcie powiedzieć mi kilka słów. - donośny głos McGonagall rozniósł się po Wielkiej Sali, tworząc echo.
Wszyscy momentalnie się uciszyliśmy, licząc na to, że mowa nie będzie zbyt długa i nużąca. Fred przewrócił oczyma, a James westchnął głęboko, jednak oboje spotkawszy moje surowe spojrzenie przestali okazywać swoją dezaprobatę.
- Cudownie widzieć Was wszystkich w nowym roku szkolnym. Mam nadzieję, że po zasłużonym odpoczynku w wakacje, od początku będziecie wzorem sumienności i odpowiedzialności. Chciałabym przedstawić Wam Profesora Lupina, który w tym roku obejmie stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią.
Przy stołach Gryfonów, Krukonów i Puchonów rozległy się gromkie brawa, natomiast wśród Ślizgonów zapał był zauważalnie mniejszy. Dyrektor poprosiła o zachowanie ciszy, aż do końca jej przemowy, dlatego wszyscy momentalnie zamilkli.
- Wiem, że jesteście znużeni długą podróżą, dlatego ostatnią rzeczą, o której pragnę wspomnieć, to przypomnienie nowym prefektom, że po wieczerzy ich obowiązkiem jest opieka nad pierwszorocznymi i wskazanie im dormitoriów.
Wraz z Albusem energicznie kiwnęliśmy głowami, po czym uśmiechnęliśmy się do siebie promiennie. Pozostało nam już tylko jedno: zajęcie swoich miejsc i pałaszowanie niezliczonej ilości przysmaków, popijając je kremowym piwem i dzbankami z sokiem dyniowym. Właśnie za tą atmosferą tęskniłam przez całe wakacje. Byłam szczęśliwa.
Koniec Rozdziału II
_____________
Chciałabym poinformować, że założyłam blog graficzny. Przyjmuję zamówienia. www.naglowkowy.blogspot.com
Kochani, bardzo dziękuję za wszystkie opinie,jestem wdzięczna, że komuś w ogóle spodobało się moje opowiadanie ;) Jeżeli chcecie być powiadamiani o nowych postach lub zachęcić mnie do przeczytania Waszej twórczości, piszcie w powiadamiaczu. Pozdrawiam ;)

wtorek, 21 sierpnia 2012

[I] Spakowana?

Słońce powoli wschodziło nad Derbyshire,wyznaczając rytm życia miasta. Pierwsze promienie zaczęły przebijać się przez ażurowe firanki muskając mnie po nosie i policzkach. Otworzyłam oczy i przeciągając się leniwie, rozejrzałam się po pokoju. Panował w nim lekki nieład. Na solidnym wiśniowym biurku, wycieranym codziennie z takim zapałem przez moją mamę rzucone zostały wszystkie książki potrzebne na rozpoczęcie nowego roku szkolnego w Hogwarcie. Obok biurka znajdywała się szafa na ubrania w tym samym kolorze. Jej drzwi były otwarte, gdyż dawno nie robiłam w niej żadnych porządków, co sprawiło że przestała się domykać od nadmiaru jeansowych spodni i lnianych golfów. Drewniany kufer podróżny rzucony w rogu pokoju stał jeszcze pusty, a przecież za parę godzin czeka mnie powrót do szkoły.W popłochu wyrzuciłam wszystkie rzeczy z komody, modląc się, aby mama nie wpadła z znienacka, robiąc mi awanturę i wytykając lekkomyślność. Przeklinając odwlekanie spraw na ostatnią chwilę, upychałam grube wełniane swetry wgłąb walizki. Gorączkowe poszukiwania podręcznika do transmutacji przerwało mi ostre uderzenie poduszką. Odwróciłam się gwałtownie i moim oczom ukazał się wysoki chłopak z rozwianą czupryną, przykrywającą wysokie czoło. Jego przenikliwe, niebieskie oczy, patrzyły na mnie ze zdziwieniem, a przekrzywione okulary na czubku nosa lśniły w porannym słońcu jak nigdy wcześniej. Wydaje mi się, że nie zdawał sobie sprawy w jak bardzo nieodpowiednim momencie postanowił złożyć mi wizytę. Przez chwilę wpatrywałam się w kuzyna, po czym obdarzyłam go promiennym uśmiechem, postanawiając zachować spokój godny mojej matki.
-Witaj James, spakowany?
Chłopak zerknął na nieład panujący wokół mojego bagażu po czym usadził się wygodnie na moim łóżku i kiwnął potakująco głową.
-Już od tygodnia, czego nie można powiedzieć o Tobie - zaśmiał się ironicznie.
Ugryzłam się szybko w język, nie mając ochoty na rodzinne dogryzanie. Usiłowałam domknąć ciężki kufer, jednak ogrom rzeczy, które miałam zabrać w podróż, był niepokonany. Spokój zaczął opuszczać mnie w tempie natychmiastowym. Kopnęłam walizkę, i schowałam twarz w dłoniach, ogłaszając bezsilność. Potter wstał z łóżka i szybkim ruchem domknął walizkę, po czym poklepał mnie po ramieniu i oznajmił że powinniśmy zejść na dół, aby zjeść śniadanie z innymi członkami rodziny. Westchnęłam głęboko, zrywając się z miejsca. Schodząc na dół, ujrzałam ciocię Ginny i mamę smażące jajka na ogromnych patelniach i gotujące wodę w mosiężnych czajnikach. Prowadziły ożywioną rozmowę dotyczącą tegorocznych wyborów na Ministra Magii. Wraz z nadejściem moim i Jamesa, ucichły gwałtownie i poleciły nam zająć miejsca przy stole.
- Cześć wszystkim! - krzyknęłam do reszty rodziny, po czym usadowiłam się między Hugo a Fredem.
Przez dłuższą chwilę w jadalni panował harmider. Tata wraz z wujkiem Georgem dyskutowali na temat wprowadzenia samo-wybuchających żelków do oferty Magicznych Dowcipów Weasleyów. Wujek Harry przeglądał Proroka Codziennego, natomiast ciotka Fleur zaganiała wszystkich do stołu, uciszając sprzeczających się Louisa i Roxanne. Gdy wszyscy już się uspokoili, głos zabrała mama.
- Dzisiaj wielki dzień. - rozpoczęła swój wywód uroczystym tonem - James, Fred i Louis rozpoczynają swój ostatni rok w Hogwarcie.
Chłopcy wzruszyli ramionami, nie odrywając swojej uwagi od smażonych jajek i tostów z serem.
- Jakby to było coś specjalnego, kochanie - wtrącił tata, mlaskając głośno, co wywołało oburzenie cioci Ginny, trącającej brata łokciem. - Tysiące czarodziejów przed nimi, również uczęszczało do siódmej klasy, wszyscy dali radę.
- Owszem,to jest coś specjalnego Ronaldzie. Owutemy to ogromnie ważne egzaminy, sprawdzające Wasze umiejętności zebrane w ciągu nauki w Hogwarcie - Hermiona ogłosiła dobitnie intonując słowo "ważne". - I mówię to w imieniu całej rodziny: mamy nadzieję, że weźmiecie się porządnie do pracy i zdacie je śpiewająco.
Przy stole zapanowała cisza.Wszyscy udawali, że nie przejmują się za bardzo wywodem mamy, aczkolwiek nerwową atmosferę dało się wyczuć na odległość. Spojrzałam niepewnie na Jamesa, ale on tylko puścił do mnie oko, po czym zabrał się za pałaszowanie szarlotki. Grzebiąc w swoim talerzu, zastanawiałam się, czemu mama wywołała taką presję na chłopakach. Przecież sama wraz z tatą i wujkiem Harrym zamiast siedzieć w szkole i uczyć się do egzaminów, ruszyła w siódmej klasie w pogoń za Horkruksami, mając za najwyższy priorytet pokonanie pewnego czarodzieja.
_______
Po "sympatycznym" posiłku, wszyscy znieśli swoje kufry pod ceglany kominek w salonie.Wujek Percy szybko ustawił wszystkich w rzędzie i wręczył po garści szarego proszku. Poprzez Sieć Fiu rodzina sprawnie dostała się na dworzec King Cross, jak zwykle o tej porze przepełniony ludźmi. Jedni w popłochu biegli na pociąg, inni rozglądali się niepewnie. Tłum oraz odgłosy nadjeżdżających pociągów szybko mnie ożywiły. Pchałam swój wózek z kufrem, sową i bagażem podręcznym, gawędząc wesoło z Roxanne i Albusem. Byłam bardzo podekscytowana nowym rokiem i zobaczeniem przyjaciół.
- Wysłałaś sowę do Adama? - spytał mnie James, pomagając dopchać ciężki wózek Roxanne.
- Tak, był z rodzicami w Irlandii, ponoć świetnie się bawił. - odparłam. - Cieszę się, że zobaczymy go po tych 2 miesiącach.
Gdy nadeszła pora pożegnania, wszyscy zostali wycałowani przez nadopiekuńczą Hermionę. W jej oczach dało się dostrzec łzy, które dyskretnie wycierała haftowaną chusteczką.Po ostatnich wskazówkach w stylu "Tego nie róbcie pod żadnym pozorem" rzuconych przez mamy i uściskach od ojców, którzy kazali nam przymknąć oko na kazania kobiet, zajęliśmy miejsca w przedziale tuż przy drzwiach. Wszyscy byliśmy szczęśliwi, że wreszcie doznamy wolności i swobody, zaczęliśmy przekrzykiwać się wzajemnie i wymyślać coraz to nowe sposoby na umilenie sobie czasu w pociągu. Patrzyłam przez okno, obserwując mijane budynki, drzewa, miasta. Oddalaliśmy się od domu, ale do Hogwartu mieliśmy długą drogę. Wyciągnęłam "Żonglera" i z ciekawością zaczęłam przewracać kartki. James z Hugo i Fredem zajęli się bliżej nieokreśloną grą, która ze względu na wydawane głosy, zdawała być się niebezpieczna. Reszta rodziny prowadziła ożywioną rozmowę na temat tegorocznych zajęć obrony przed czarną magią. Przez ostatnie lata nie były one w Hogwarcie na najwyższym poziomie, dlatego też w wakacje douczaliśmy się u wujka Harrego i taty. W tym roku liczyliśmy na ogromne zmiany, gdyż prowadzić miał je Ted Lupin, syn Remusa i Tonks, oficjalnie należący do rodziny. Wiedzieliśmy, że kładzie on nacisk na użycie zaklęć obronnych w praktyce, co bardzo nam odpowiadało. Nagle do przedziału wpadł Adam. Jego brązowe włosy były nienagannie ułożone, a na nosie i policzkach widoczne były piegi, których nabył podczas wakacji w Irlandii. Chłopak uśmiechnął się szeroko, a my natychmiast zerwaliśmy się ze swoich miejsc, aby go powitać. Wśród serdecznych uścisków upłynęło nam pół godziny. Po długiej opowieści o Irlandzkich zabytkach, kulturze, jedzeniu i czarodziejach Adam poruszył dość nieznany nam temat.
- Słyszeliście, kto złożył swoją kandydaturę na Ministra Magii?
Wszyscy spojrzeliśmy się po sobie, nikt niestety nie zajmował się czytaniem gazet podczas wakacji. Teraz żałowałam tego niezmiernie.
- Mów - zachęcił go Hugo.
- Draco Malfoy, moi drodzy. - odparł dobitnym tonem Adam.
Otworzyliśmy usta ze zdumienia. Malfoy Ministrem Magii? To chyba jakiś żart. Nie wiedzieliśmy jak Ministerstwo mogło popierać byłego Śmierciożercę, zaakceptować jego kandydaturę. Szybko jednak całą sprawę wyjaśnił nam Adam.
Koniec rozdziału I

Jak Wam się podobał rozdział? Jeżeli chcecie być informowani o najnowszych notkach, proszę, zgłoście to w powiadamiaczu.Informacje o nowych postach u Was również proszę zostawiać w powiadamiaczu. Ja również chętnie przeczytam Wasze opowiadania. Pozdrawiam ;)